﻿<title_newspaper="Przekrój"> 
<title_article="Podróż po Warszawie">
<author_1="Wiech">
<author_2="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1953">
<month="12">
<date="1953-12-20">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Okolicznościowo musiem sie dzisiej udać tam, gdzie zawsze największy ruch był przed świętami. To znaczy gdzie? Rzecz jasna — za Żelazne Bramę. Wolniutko spacerkiem zapychamy sobie od Marszałkowskiej przez Saski Ogród, na samo miejsce. Dawniej po drodze była jeszcze, po lewej ręce, oranżeria, gdzie najdziksze rośliny z ciepłych krajów sie znajdowali jak: palmy, fluksje, rododendrony i temuż podobnież. Dlatego — zima lato w piecach tam było palone. Szwagier mój, niejaki Konik Euzebiusz za woźnego sie tam zatrudniał, to był najnieszczęśliwszy człowiek na świecie — zima, lato spocony jak mysz w połogu. Ale poszło pare bomb, wszystkie szyby w oranżerii wylecieli i palmy — wysiadka.
Koło oranżerii przechodziło sie do niedużego ogródka. Tam znowuż fonkcjonował Instytut Wód Mineralnych, gdzie można było dostać leczniczą wode z każdej kąpielowej miejscowości krajowej i zagranicznej. Była tam woda sodowa w różnych smakach. Jedna przypominała tak zwaną analizę, druga ocet siedmiu złodziei, trzecia znowuż podjeżdżała śmierdzącem, czyli z przeproszeniem nieświeżem jajeczkiem, czwarta wydzielała taki zaduch jakby w niej kwiatki parę tygodni stojeli.
Po mojemu była to woda z wanien po leczniczych kąpielach, osobiście nie próbowałem, ale w spożyciu musiała być również przykra. Ale Warszawa lubi fasonu zadawać, to tyż ruch bywał w Instytucie duży.
Faceci z bokobrodami w cylindrach i krótkich sakach spacer uskuteczniali po tem ogródku tam i nazad i przez rurki ciągli te leczniczą wache, poszkodowaną na zapachu.
Później wyszło to jakoś z mody i Instytut zbankretował.
Ale targ za Żelazną Bramą egzystował do samego Powstania. Sklep koło sklepu, stragan koło straganu. Uliki z beczki i katańskie nomarańcze. Gumowe szelki i pączki na oleju, jak kocie łby. Krzyk, raban, zakłócenie spokoju. To samo w Hali Mirowskiej — wszystko tam sprzedawali. Od świeżo palonych pestek do gotowych ubrań, męskich, damskich i dziecinnych.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_2>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
